wtorek, 10 stycznia 2012

Przeżywka....

... bo On znów wyjeżdza nach Wien. Ale dzis jest mi wyjątkowo smutno i ponuro, może i ta ogoda dokłada swoje, bo jest szaro, deszczowo, sniegowo, brzydko. A on jedzie. Czuję jakbym na nowo znów sie w Nim zakochiwała, tak jak 4 miesiące temu.. Jak tak patrzę na Niego czasem, to aż kipi ze mnie ta chemia. I mam ochotę Go zjeść albo zawinąć Go sobie w kieszeń i nosić. Myślę co powinnam zrobić lub co mogę zrobić by było Nam dobrze, i żebyśmy nie musieli przechodzić takich durnych rozstań na 3 tygodnie, mogłabym jechac do Niego, ale byłoby ciężko. Nawet nie mielibyśmy gdzie mieszkać. A do maja kupa czasu, i musimy to pociągnąć, wtedy ja będę "wolna" i będę mogła robix juz co tylko chcę. A na razie jest jak jest, musimy zacisnąć zęby, ufać sobie i tyle. Wczoraj znów sprawił mi niespodziankę! Miał jechać wczoraj, byłam przekonana, a On dzwoni że jedzie, ze chciałby sie przytulić do mnie i la la la, i że.. jest pod domem. Ależ się ucieszyłam! A tak mnei przytrzymał w niepewności, no miałam mega niespodziankę w maseczce na twarzy :) Okazało się że jednak dziś pojedzie dlatego przyjechał jeszcze ostatni wieczor wykorzystać i spedzić razem, ahh...
Cały dzień jestem taka roztrzepana, smutna, zdołowana, Zus zapomnialam zapłacic no to przeżywam co będzie, kogo się zapytac, itd.! Mama też swoje dołożyła. W ogóle płakać mi się chce na to swoje biedne życie. Nie jestem w stanie nic odłożyć na zaś, bo nie mam nawet z czego, coż z takiej pracy jaka mam teraz jesli nie jest to praca w pełnym wymiarze godzin, kasa malutka- drobne kieszonkowe na waciki. Nie mam nic po prsotu i nie potrafię się odbić, zeby coś wreszcie odłożyc na konto w banku, mieć na rachunki, na  żarcie. Czuję się tak beznadziejnie i niepotrzebnie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz